fbpx

Jak nie urok, to… koronawirus, czyli życie w czasie pandemii

Jak nie urok, to… koronawirus, czyli zbitek moich luźnych przemyśleń. Lekko chaotyczny, wiem.

Witaj w nowej rzeczywistości. Zamknięci w domach zmagamy się z pandemią. Nie ukrywajmy: koronawirus zmienił, jeśli nie wszystko, to zdecydowanie bardzo wiele. Zmienił nasze podejście do życia i zdrowia, nasze przyzwyczajenia i zwyczaje, zrewidował nasze potrzeby. Jak radzić sobie z tym, co się dzieje? Każdy ma pewnie swój własny sposób. Jednym przychodzi to łatwej, innym trudniej, ale prawda jest taka, że nie mamy wyjścia i musimy żyć dalej. Przymusowa kwarantanna, przerażające zmiany, które co chwilę fundują nam rządzący, chaos i strach o gospodarkę – czy to wszystko musi nas wpędzać w depresję? Czy w ogóle mamy jeszcze prawo do śmiechu, radości i patrzenia na świat przez różowe okulary? Poniżej 

Memy, memy, wszędzie memy

Jedni załamują ręce, inni próbują się ze wszystkiego śmiać. Jedni są poważni i reagują agresją na tych śmieszkujących, ci drudzy oburzają się z powodu braku poczucia humoru tych pierwszych. I tak w koło. Ale szczerze: co robić, gdy na tak niewiele mamy wpływ? Możemy słuchać zaleceń i przestrzegać procedur, ale przecież nie zagwarantuje to, że inni będą równie zdyscyplinowani. Kiedy już naprawdę nic nie możemy zrobić, pozostaje nam chyba tylko śmiech. Stąd w Internecie każdego dnia pojawiają się kolejne memy i nie ma w tym nic dziwnego.

 

Więcej czasu, więcej wyzwań, łańcuszków i takich tam

Wchodzisz na Facebooka, a tam połowa Twoich znajomych zamieszcza kolejne zagadki matematyczne polonistyczne, etc. Za pierwszym razem nawet Cię to intryguje, za drugim już mniej, a każdego kolejnego dnia, gdy w dodatku za każdym razem ktoś prosi Cię o udostępnienie czegoś u siebie albo przesłanie dalej, zaczynasz mieć tego powoli (lub nie) dość. Przynajmniej ja tak mam. Pod tym względem jestem chyba trochę społecznym (albo mediowo-społecznym 😉) introwertykiem. A Ty? Bierzesz udział we wszystkich takich zabawach, czy omijasz je szerokim łukiem?

 

Smutne święta w czasie pandemii

Za nami Wielkanoc. Takiej, jak ta, nie było jeszcze nigdy za moich czasów (wiem, strasznie to brzmi i chyba mnie nieco postarza 😉). Było inaczej, było smutniej. Nie było rodziny, prócz najbliższych, z którymi mieszkamy pod jednym dachem. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nie dzisiejsza technologia i możliwość spotkania z innymi on-line. Brrrrr. Nawet nie chcę o tym myśleć. I choć wcześniej, jeszcze przed wybuchem pandemii, zdarzały mi się myśli o czasowym przejściu do off-line’a, to obecna sytuacja pokazała mi, że nie takie to wszystko złe.

 

Czego się o sobie dowiadujemy?

Czy też masz wrażenie, że ten stan zawieszenia, w którym się znaleźliśmy, sprzyja przemyśleniom i definicji pewnych obszarów życia na nowo? Można powiedzieć, że taka kwarantanna to idealny czas na zmiany? I tak, i nie. Mam wrażenie, że wszystko wokół się zmienia i że przetrwają ci, którym uda się przystosować. Weź pod uwagę rzeczy, bez których nie wyobrażałeś sobie życia jeszcze 3-4 miesiące temu. Czy teraz ta lista będzie taka sama? A może pewne pozycje na niej uległy zmianie – dostosowałeś je do zmieniającej się rzeczywistości? Taka sztuka dostosowywania się to sztuka przetrwania. Czasem trzeba coś poświęcić, ale czasami wystarczy to tylko zmodyfikować. No i warto wierzyć, że to się kiedyś skończy i będziemy mogli wrócić do normalnego życia. Tylko czy to wtedy jeszcze będzie normalne życie? Czy jego definicja będzie nadal taka sama? I czy się w nim odnajdziemy?

Wiesz, przed tym cyrkiem wydawało mi się, że bardzo lubię siedzieć w domu. Czasem nie chciało mi się nigdzie wychodzić (choć perspektywy były), bo było mi dobrze. Taka ze mnie prawdziwa domatorka. I wiesz co? Nadal lubię swój dom, ale zdecydowanie bardziej doceniam możliwość wyjść. Jakichkolwiek: swobodnych, zaplanowanych i tych zupełnie spontanicznych. Wyjść do kina, do teatru, ba, nawet do pracy! Długiego spaceru z dziećmi, z psem, w samotności. Takiego, z którego nikomu nie trzeba się tłumaczyć. I żeby nie było, że marudzę i narzekam. Rozumiem, czemu mają służyć te wszystkie obostrzenia. Z zasadnością jednych zgadzam się bardziej, z innych mniej, ale się do nich stosuję. Chodzi mi po prostu o to, jak bardzo przymusowe siedzenie w domu potrafi zrewidować myślenie o pewnych oczywistych z pozoru rzeczach.

 

Nauczyciele – chylimy czoła!

Nauczyciel to niezwykle pożyteczna istota. Ja od zawsze wspierałam nauczycieli (ba, niewiele brakowało, a sama zostałabym panią od angielskiego) i uważam, że wykonują niezwykle trudną, mozolną pracę, którą utrudniamy im my – kochający rodzice. 😊 Wspierałam nauczycieli podczas zeszłorocznego strajku i w ogóle zawsze, chętnie wspierając ich pracę, pomagając w organizacji zajęć, oferując warsztaty, pomoce naukowe i tak dalej. Czy pandemia zmieniła moje postrzeganie belfrów? Tak. A może bardziej całej instytucji szkoły.

Choć nadal uważam, że polska szkoła ma wiele braków i wad, że system zdecydowanie nie jest idealny i nie zawsze bierze pod uwagę to, co jest najlepsze dla ucznia, to zdecydowanie możliwość wysłania dzieci do szkoły jest sprawą cudowną! I nie, nie chodzi mi tylko o to, że po tylu dniach siedzenia z moją kochaną trójką mam swoich synów po prostu dość. Nie. Chodzi o to, że sam rodzic, nawet najbardziej zmotywowany, nie jest chyba w stanie zapewnić dziecku tego, co ma do zaoferowania szkoła. Owszem, robimy wspólnie lekcje, mamy dostęp do wszelkich potrzebnych materiałów, chłopcy mają niektóre lekcje on-line, ale co z tego? Mam wrażenie, że to wszystko za mało. Dzieciaki inaczej funkcjonują w domu, my także. Ok, ja wiem, co oznacza praca zdalna i jest w stanie sobie z nią nieźle poradzić. Ale dla tych naszych pociech taka rewolucja to coś, z czy, nie każdy sobie radzi. Do tego dochodzą stres i frustracja z powodu ciągłego siedzenia w czterech ścianach, z tymi samymi ludźmi, za to bez ulubionych kolegów, koleżanek, nauczycieli… Za każdym razem, gdy wybucha u nas mały wulkan złości u któregoś z synów, a ja mam ochotę walić głową w ścianę i krzyczeć, bo mam tak źle, staram się sobie przypomnieć, że dla dzieci ta sytuacja jest o wiele trudniejsza, niż dla mnie. Że młodzi ludzie często nie rozumieją, co się dzieje i po prostu się boją. Czy takie myślenie pomaga? Oszukałabym Cię, gdybym napisała, że tak, w pełni. Ale pozwala mi na chwilę oddechu, przemyślenie kolejnych słów i być może, na złagodzenie sytuacji.

A wracając do nauczycieli – ja mam na głowie 3 synów. Moich własnych, kochanych najbardziej w świecie i regularnie, co kilka dni, mam kryzys, uważam, że zawodzę jako matka, że dobrze, że nie zostałam nauczycielką, bo najzwyczajniej nie mam cierpliwości do tych… kochanych istotek. Z doświadczenia wiem, że do obcych tej cierpliwości ma się więcej (przynajmniej ja tak mam) i być może dzięki temu to wszystko się jeszcze jakoś kręci. W każdy razie, Nauczyciele – chylę przed Wami czoła i czekam z niecierpliwością, kiedy znowu wesprzecie nas w codziennych zmaganiach z edukacją naszych dzieci, ale już stacjonarnie, nie on-line.

 

Jaka będzie przyszłość po koronawirusie?

Tego nie wie nikt. Tak naprawdę przyszłość zaczyna się dziś. Kiedy skończy się pandemia? Podawane są różne szacunkowe daty. Jedne bliższe, inne odleglejsze. Ale to i tak wszystko spekulacje. Nie ma na tym świecie ani jednej osoby, która wie, jak i kiedy się to wszystko skończy.

Kiedy się zaczynało, jeszcze w styczniu, patrzyłam na doniesienia z Wuhanu i śmiałam się, że tak zaczynają się wszystkie filmy w stylu Resident Evil (swoją drogą bardzo przeze mnie lubiane). Każdego dnia było mi coraz mniej do śmiechu. I może nie mamy obecnie plagi szwendających się po ulicach zombiaków, ale jak wiesz, dobrze i tak nie jest. Jest przerażająco.

Jedno jest pewne – to my stworzymy przyszłość, to my będziemy odpowiadać za to, jak będzie wyglądał nasz świat. Nie oszukujmy się – on będzie inny, może nieznacznie, ale będzie, bo i my się zmienimy. I zapewne po jakimś czasie zapomnimy o traumie pandemii, a nawet zaczniemy popełniać te same błędy, ale ta świadomość bezczynności pozostanie w nas na zawsze. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Podobnie z naszymi zachowaniami społecznymi. Odkąd zostaliśmy zamknięci w domach, media społecznościowe przeżywają prawdziwe oblężenie. Czemu tu się dziwić, skoro jako zwierzęta stadne, potrzebujemy towarzystwa innych? Kolejne zdjęcia, posty, transmisje live, stories – to daje nam namiastkę normalnego życia. Chcesz się napić piwa z kumplami? Odpalacie kamerki w telefonach/laptopach i, korzystając z darmowych narzędzi, urządzacie sobie piwną telekonferencję. Da się? Da. Pytanie tylko, czy kiedy to wszystko się skończy, będziemy jeszcze potrafili żyć jak dawniej?

 

BTW, stworzyłam ostatnio krótką bajkę o tym, jak ważne jest mycie rączek w obecnej sytuacji. Chcesz ją przeczytać? Zapisz się na bajkę!

bajka na ciężkie czasy - jak i po co myć rączki

 

 

zdjęcie: Getty Images Pro